Praca karmi umysły

by 14:01
A było tak. Poszłam na rozpoczęcie tych doktoratów i kazali nam przyodziać się w togi, na łepek założyć biuret, cobyśmy mądrzej wyglądali. A potem posłuchaliśmy, jak Dziekan wróżył nam świetlaną przyszłość. A jeszcze później dali nam takie indeksy. Niebieskie, ze złotym logo uczelni. Ucieszyłam się jakby co najmniej D. powiedziała, że za 5 minut przyjedzie dostawca pizzy. I ta pizza, którą on przywiezie, będzie miała na sobie mnóstwo dużych kawałków ananasa i szynki. I jeszcze będzie z podwójnym serem! Wiecie, wypas! Bo w końcu dostać coś od swojej Uczelni, co nie jest podaniem do złożenia, dokumentem do wypełnienia, czy jakąś inną kartą obiegową, to przecież wielka frajda..! 

Problem w tym, że dwa dni później dowiedziałam się, iż te indeksy, które nam wręczyli, to nie akt dobrej woli i miłosierdzia… Oni dali nam je po to, byśmy je faktycznie wypełniali, dawali prowadzącym do wypełniania, a potem z tego wypełnienia indeksu trzeba się jeszcze rozliczyć u Pani w Dziekanacie! I wierzcie mi, ja nie poczułam się tak, jakbym zobaczyła, że ta pizza z milionem dużych kawałków ananasa i szynki, i podwójnym serem jest spalona! I tak bym część zjadła! Ja poczułam się, jakby pan dostawca przywiózł mi puste opakowanie po pizzy, w którym czuć jeszcze fenomenalny aromat, ba! bukiet zapachów płynących od pizzy i kazał mi zapłacić za zamówienie oraz dostawę! 

Cóż, konkludując, stoję więc na tym, że chodzę sobie w ciągu tygodnia na trzy przedmioty, a z każdego z nich, oprócz oceny w USOSie, otrzymam piękny wpis do indeksu. I tak, na jednym przedmiocie poruszam się w świecie dydaktyki, sylabusów i ECTSów, na drugim ćwiczę myślenie abstrakcyjne i wyobraźnię, bo do czynienia z mikromacierzami to ja chyba nigdy w życiu mieć nie będę, zaś na trzecim – będę poznawać tajniki wyciągania pieniędzy z Ministerstwa, coby móc realizować swoje badania i jeszcze otrzymywać za to wynagrodzenie. Animos labor nutrit. Praca karmi umysły. W moim przypadku także żołądek. 

W związku z tym, od czterech dni zajmuję się pracą naukowo – kreatywną, czyli merytorycznym uzasadnianiem, że moje badania nie dość, że mają sens, to jeszcze są potrzebne, tak bardzo, że bez nich świat nie będzie mógł normalnie funkcjonować – krowy przestaną dawać mleko, piwo – wbrew zapowiedziom – horrendalnie podrożeje, a ja będę zmuszona rzucić palenie. Jak można się domyśleć po tym, iż ten wpis powstał, na chwilę obecną mam dość owej pracy, kreatywność poszła już spać, a jakby nieszczęść było mało – skończyły mi się papierosy i sok. W przypadku tego drugiego zawsze mogę wypić colę D., ale kiedy wróci to tym razem wytłumaczenia, iż to Demol, mi nie pomogą. Tak więc z trunków pozostały mi piwa 5-procentowe niskowyskokowe. I wódka. Grejpfrutowa. 

Cóż, koniec tej dekadencji umysłowej na dziś, o!


Elokwencja, erudycja i delecja

by 06:55
Biologiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce. Co prawda nie wiem, czy mam zrzucić to na karb jakiejś delecji czy duplikacji w genomie, czy też może na zaburzenia transmisji w neuronach, ale od czasu do czasu zdarzają mi się przebłyski niebywałej erudycji i elokwencji w połączeniu z inteligencją. I to jeszcze taką wybitną… wręcz unikalną. Czyli taką, po której ja sama sugerowałam D., aby czym prędzej składała papiery rozwodowe i uciekała z psami na drugi koniec miasta. D., jak to D., póki co twierdzi, że uciekać nie chce, tylko szydzi, więc nie wiem, co gorsze…


Przykładów daleko szukać nie trzeba. Razu pewnego wracałyśmy do domu samochodem, na pasku radia leniwie wyświetlał się napis „MUZYKA FILMOWA”, a z głośników rozbrzmiewały dźwięki naszego rodzimego „Poloneza”. 
- Wiesz, nie wiedziałam, że „Polonez” jest zaliczany do muzyki filmowej – oświadcza D.
- No jak to?! – Pytam wręcz z oburzeniem. – Przecież w każdym filmie ze studniówki leci! 

Lecz to jest jeszcze do zaakceptowania. Problem polega na tym, iż owo zaburzenie przenosi się na inne dziedziny życia. W zastraszającym tempie! W związku z tym nie dalej niż kilka dni temu, w celu wyświetlenia filmu z laptopa na telewizorze, wykonałam następujące kroki:
1. Wypięłam z telewizora kabel HDMI łączący go z dekoderem. 
2. Podłączyłam kabel do laptopa tworząc połączenie laptop – dekoder.
3. Przez 5 kolejnych minut (czyli do momentu, w którym przyszła D.) bardzo intensywnie zastanawiałam się, dlaczego na telewizorze nie wyświetla się film…

D. odpięła ów kabel od dekodera, podłączyła do telewizora i zadziałało. Po czym rzuciła mi spojrzenie, dzięki któremu przeniosłam się myślami o 6 lat wstecz. Czwartek, 8 godzina lekcyjna. Biologia rozszerzona. Nauczycielka próbuje wskrzesić nasz entuzjazm i zaangażowanie poprzez dyskusję o procesie ewolucji. Z marnym skutkiem. W końcu poddaje się i rozpoczyna monolog „Procesy ewolucyjne przebiegają powoli. Bardzo powoli” – mówi, patrząc wymownie na nas. 

Tak więc po tym, jak D. uraczyła mnie spojrzeniem godnym mojej byłej nauczycielki biologii, uznałam, iż muszę odwdzięczyć się jej za pomoc, ewentualnie odciągnąć uwagę od składania papierów rozwodowych. Zaoferowałam zatem:
- Zrobić Ci masaż?
- Nie, chwilowo jestem zajęta. 
- W takim razie może zrobię Ci masaż potem?
- Nie, nie chcę.
- A bez potu?

Czy jest na sali lekarz? Bo chyba pilnie potrzebuję konsultacji!

Chcę spać cztery lata...

by 11:49
Po czułych pożegnaniach z komisją egzaminacyjną, ze świeżo zdobytym tytułem przed nazwiskiem, wyleciałam z sali i zaczęłam wypoczywać. Wypoczywałam intensywnie, przewracałam się z jednego boku na drugi, potem na plecy, a jeszcze później podejmowałam bardzo ważne decyzje, czy teraz ulokować się na brzuchu czy może znów na boku. I którym boku. Lecz przyszedł w końcu ten czas, w którym trzeba było w końcu zdecydować co dalej z moją przyszłością.

Rozważałam intensywnie. Fach nauczycielski w ręku miałam, doświadczenie też, mogłam więc śmiało aspirować do tego, żeby omawiać na rzodkiewce Żanecie funkcję korzeni jako organów spichrzowych, a w międzyczasie robić trudne kartkówki z procesu fotosyntezy u kalafiora Krzysia. Bo oczywiście coś tam obiło mi się o uszy, że zlikwidowali jedno, wprowadzili drugie, a w mojej podstawówce akurat pracownia biologiczna jaka jest, taka jest, więc innowacyjność i kreatywność u uczniów tylko za pomocą świeżaków rozwijać mogę. A poza tym w czarnym mi do twarzy, ubiorę się na czarno raz, drugi, trzeci i posądzą mnie o jakieś niestosowne konotacje… Pomysł więc upadł. Wobec tego wpisałam w Google kolejne zapytanie dotyczące oferty pracy. Niestety w moim mieście nie poszukiwali w ówczesnym czasie ani testerów łóżek, ani testerów jedzenia. Pozostało mi więc spełniać marzenia i robić te doktoraty, hodować ogórki i pokazywać swoje prawdziwe oblicze poprzez wprowadzanie im warunków stresowych… Ha! Ha! Ha! Cierpcie…! 


Razu pewnego udałam się do dziekanatu i w standardowej atmosferze szacunku oraz wzajemnego zrozumienia złożyłam stosowne dokumenty. Cholera, pomyślałam, biorąc pod uwagę obsługę „klienta” nadal jestem gdzieś w okrężnicy zstępującej… Potem poszłam na rozmowę rekrutacyjną. Wypadłam tak dobrze, że niedługo później kazali mi ubrać togę i zasuwać na immatrykulację, podczas której dowiedziałam się, iż studiując właśnie na tej uczelni, właśnie na tym wydziale czeka mnie świetlana przyszłość. I powiem Wam, że było w tym trochę prawdy, bo kiedy oddawałam togę to Pani w dziekanacie była WYRAŹNIE MIŁA! Cóż, chyba w tym uczelnianym przewodzie pokarmowym udało mi się dobrnąć do jelita wstępującego!

I w tym całym wpisie dążę do tego, że na odchodne dostałam skierowanie do lekarza medycyny pracy, tak, aby uczelnia miała pewność, iż przynajmniej na ciele jestem zdrowa. Postanowiłam nie zwlekać i zabrać się za to zadanie jak najszybciej! Wysłałam skierowanie do jednej przychodni, gdzie podobno miało być bezpłatnie. W odpowiedzi otrzymałam informację, że do lipca 2019 mają zajęte wszystkie możliwe terminy, mogą mnie umówić na 3 sierpnia 2019 i powinnam się cieszyć, bo na badanie prostaty musiałabym czekać do 2023 roku. Znaczy się napisali trochę inaczej, ale ja właśnie tak to sobie wyobrażam. Potem zadzwoniłam do kolejnej przychodni. Tu Pani była miła i nawet znalazła dla mnie termin - 26 października BIEŻĄCEGO ROKU, ale z racji tego, iż dokument miałam donieść do 30.10. (złożenie badania po terminie grozi tym, że Pani z dziekanatu nawiedza studentów i doktorantów we wszystkich koszmarach), to zaczęłam dopytywać. Czy aby na pewno to badanie się wtedy odbędzie? Czy do tego czasu przypadkiem przychodnia nie zostanie zmieciona z powierzchni ziemi…? Dowiedziałam się, że PRAWIE, bo Pani Doktor, która te badania wykonuje, może pójdzie na urlop. Chcąc nie chcąc, w trosce o higienę snu, musiałam odmówić. Saga przychodniowa trwała więc w najlepsze, bowiem w kolejnych instytucjach dowiedziałam się, że skończyły im się punkty. Prychałam więc i kichałam, ale koniec końców nie miałam innego wyjścia niż pójść i zapłacić. 

I powiem, że nawet było warto! Bawiłam się setnie, kiedy Pani Doktor mówiła, iż będę zaciągać powietrze i je wydmuchiwać, a na ekranie pojawią się taaaakie linie. A już wybitnie bawiłam się, kiedy popsuł się sprzęt! Koniec końców stanęło na tym, że jednak D. się myliła, bo ona twierdzi, że ja źle wydmuchuję, a Pani Doktor powiedziała, że słabo ciągnę (powietrze!), ale bardzo dobrze wydmuchuję. Okazało się też, że moja (niechlubna – papierosowa i alkoholowa) reputacja chyba mnie wyprzedza, bo - obok spirometrii, gdzie badali moją pojemności płuc - zrobili mi jeszcze badanie krwi. I wzięli pod uwagę tylko markery niewydolności wątroby…

PS. Jako że fejsbuczek jeszcze mi się nie znudził to nadal zapraszam na Bez Tytułu. Jest m.in. o tym, jak to nasi szanowni rodacy wymieniali nam oponę w camperze. Pod Monachium ;> 

O tym, jak pobytu we Włoszech nam się zachciało!

by 09:16
Pojedźmy camperem, tako rzekła, a ja przytaknęłam ochoczo głową. Będzie super, pomyślałam, i ową głowę, którą chwilę wcześniej tak entuzjastycznie kiwałam, postanowiłam powtórnie zanurzyć w stercie notatek. A jako że nic nie trwa wiecznie, niedługo potem przyszło mi wynurzyć swój łebek z tony papierów i udać się na egzamin wieńczący moje studia magisterskie. Nie wiem, czy to zasługa moich pięknych oczu, inteligencji bijącej z facjaty czy też potoku słów płynącego z ust mych… Nie dociekam. Najważniejsze, że szanowne panie z komisji w kilka minut orzekły, iż szkoda im swojego cennego czasu i wolą pomęczyć kogoś innego. Solidarnie stwierdziły zatem, że „pięć”, zapytały o plany na przyszłość, pięknie się pouśmiechały i kazały mi sobie iść. A konkretnie wy…poczywać. 

Z poczuciem dobrze wykonanego zadania poszłam wcielać ich zalecenie w życie. Oczywiście D. przyszła mi z pomocą. Jak już stanęło wcześniej – jedziemy camperem, jak stanęło trochę później – zabieramy rowery.  Następnie ustaliłyśmy, że jedziemy do Włoch. Potem poczytałyśmy, że we Włoszech okradają campery i ogólnie niebezpiecznie jest. Pomartwiłyśmy się chwilę, poczytałyśmy, że w całej Europie okradają kampery i ogólnie jest niebezpiecznie. Odetchnęłyśmy z ulgą… bo jak już mają nas okradać i mordować to chyba jednak chcemy we Włoszech!

Rowerem przez miasta

Więc wyruszyłyśmy! Aż chciałoby się napisać – witaj przygodo! Niemniej jednak nim owa przygoda, a raczej przygody się zaczęły, to w pierwszej kolejności powitały nas niemieckie wiatraki, a potem austriackie oraz włoskie górki. I to wszystko z Hey’em w tle… 
– Tego też nie znasz?!
– No… nie. Skąd mam znać? Przecież wiesz, że ja tak tylko trochę…


Zamarzyło nam się największego jeziora we Włoszech, więc pojechałyśmy. Zamarzyło nam się pobytu na plaży przy największym jeziorze, to pojechałyśmy. Szkoda tylko, że we dwie, bo plaża okazała się być przeznaczona dla piesków! Pozachwycałyśmy się taplającymi w wodzie czworonogami, wypakowałyśmy rowery, objechałyśmy Salo wzdłuż i wszerz… i ruszyłyśmy dalej. Do Małej Wenecji. 

Jeśli gdzieś czytaliście, lub słyszeliście, że tam jest pięknie, że przeuroczo, że uliczki, uliczeczki i uliczunie zachwycają, to jest to absolutna prawda! Miałyśmy okazję przejechać się po mieście nocą i w ciągu dnia! Zachwyca! I to jak! Zabranie ze sobą rowerów okazało się strzałem w dziesiątkę! Zobaczyłyśmy więcej, więcej też wydałyśmy z siebie ochów i achów. Ach, ta atmosfera, och, ta architektura, ach, ten wyprzedzający mnie człowiek na skuterze, i człowiek w samochodzie, który właśnie wyprzedza mnie i skuter! 

Okradli nas!

W naszym mieszkaniu miesiąc wcześniej…

- Okradli nas! – wołam do D.
- Jak to okradli?
- No ktoś wszedł i ukradł nam żelazko!

Bo powinniście wiedzieć, że ogólnie w naszym mieszkaniu często kradną. Najczęściej jedzenie, od czasu do czasu dobra materialne. Co prawda po zrobieniu paniki często gęsto owe rzeczy odnajdują się w niewyjaśnionych okolicznościach, ale to zasługuje już na inną historię. Wracając jednak do naszej podróży… 

Kiedy pozachwycałyśmy się miastem jednym i drugim, komisyjnie ustaliłyśmy, że czas na plażę! Camper otrzymał polecenie strzeżenia dóbr materialnych, w tym telefonów i rowerów, a same ruszyłyśmy na podbój nowego miejsca! Podział obowiązków był następujący – ja odpowiadałam za transport plecaka, D. – za logistykę. Bo logicznym było, że skoro dwukilometrową trasę można zapamiętać, to po cóż narażać się na ewentualną stratę komórki lub pełnienie warty przy plecaku z telefonem. Tak więc wygwiaździłyśmy się i ruszyłyśmy! 

Podziwiałam więc uliczki i architekturę Rimini, od czasu do czasu marudziłam „jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”, a w przerwie między jednym i drugim kibicowałam D. w rozwiązywaniu dylematów życiowych w postaci „a teraz to chyba tu”. Więc szłyśmy, szłyśmy, traciłyśmy nadzieję, o!, ale tu jest dworzec, więc chyba dobrze idziemy. I dalej szłyśmy. I w końcu naszym oczom ukazała się ona! Piękna plaża! Było taplanie się w wodzie i leżenie plackiem na piasku. 

Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy i trzeba było wracać do campera. W związku z tym komisyjnie uznałyśmy, że „skrócimy sobie trasę”, bo skoro pójdziemy tam i tam to obejdziemy to i to. I dojdziemy szybciej. Po godzinie marszu doszłyśmy do wniosku, że mało tego, że ukradli nam campera, to jeszcze ukradli parking! A to nie wszystko. Zabrali też nasze punkty orientacyjne! Bo – jako że D. też bije inteligencja z facjaty – zamiast zorientować się, na jakiej ulicy jest camper, ja zanotowałam w głowie, iż stoimy koło czegoś, co przypomina ufo, a D. – że w pobliżu żurawia. I teraz spróbujcie spytać kogoś o drogę. Do czegoś, co przypomina ufo i do żurawi, których w mieście są dziesiątki!

W międzyczasie snułam też świetlane wizje przyszłości. Wszak mamy kilka euro w kieszeni, resztkę coli, papierosy, zapalniczkę, ba!, mamy nawet ręczniki, czyli jest na czym spać… 

Koniec końców po trzygodzinnym spacerze po Rimini dotarłyśmy do campera. Był cały i zdrów. I czekał. Dziś, patrząc na to zajście z perspektywy czasu, doszłam do dwóch wniosków. Po pierwsze - Rimini zwiedzana „z buta” jest bardzo piękna. Po drugie, kiedy człowiek się zgubi i nieświadomie znajdzie się w pobliżu upragnionego celu to na pewno skręci w złą stronę (ba! to powinno być jednym z Praw Murphy’ego!).

Rzym, czyli „Boże! Czy Ty to widzisz!”

Jako że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu to prędzej czy później musiało się zdarzyć, iż w końcu tam trafimy. Bodajże dnia czwartego naszej podróży wjechałyśmy do jakiejś dużej wiochy z tabliczką „Rzym”. Uniosłam jedną brew, potem drugą, powachlowałam się nimi chwilę, bowiem w głowie zderzał się obraz z filmów i zdjęć z tym, co widziały moje oczy. Ale dojechałyśmy bliżej centrum, może być, stwierdziłam i uznałam, że nie będę oceniać książki po okładce. Zobaczymy, co Rzym ma do zaoferowania…

Wypakowałyśmy więc rowery i pojechałyśmy do centrum historycznego. I właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że o ile spontaniczne zwiedzanie jakiś miejsc, bez uprzedniego przygotowania jest fajne, tak nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem… Jadę więc na rowerze przez skrzyżowanie, wyprzedza mnie samochód z lewej, samochód jest wyprzedzany przez skuter, wyprzedza mnie samochód z prawej, o, teraz znowu z lewej skuter! Po dwóch kilometrach takiej jazdy, po co najmniej pięciu zawałach serca i trzech widmach własnej śmierci spowodowanej tym, JAK ONI TU JEŻDŹĄ DO CHOLERY!!!, zlazłam z roweru. I pomyśleć, że wcześniejsze ustawienie się pięciu samochodów i skutera na dwupasmowym rondzie nie dało mi do myślenia…

Jest taka scena w „Dniu świstaka”… Dziewczę spogląda na swego nauczyciela, podnosi rękę, bo pewnie chce zadać inteligentne pytanie, związane z tematem… Czuje się tą tlącą nadzieję u owego polonisty i…  Wiecie, co było dalej. Miałam tak samo. Otóż jadę, mam zielone światło, Pani obok ZATRZYMUJE SIĘ na czerwonym świetle! Nie wierzę! Czyżby w końcu ktoś miał trochę serca dla rowerzysty, jakieś poszanowanie dla przepisów?! Obracam głowę... a tu się okazuje, że Pani zatrzymała się tylko i wyłącznie dlatego, iż jakiś pan jechał pod prąd w jej stronę! To za mało powiedzieć, iż moja nadzieja wówczas umarła. Ona usiadła, ukryła twarz w dłoniach i jęła zawodzić „Zabierzcie mnie stąd. Zabierzcie!”.

O, Jezu! Architektura architekturą, piękne, ładne, fajne to, widziałam nawet zabytkowe plastikowe butelki pozostawione przez starożytnych Rzymian. I wielkie śmierdzące kontenery przez Rzymian współczesnych. I pewnie gdybyśmy wykupiły wycieczkę po Rzymie zamiast zwiedzać go na własną rękę, w dodatku na rowerach, to moja uwaga byłaby skierowana na czasy zamierzchłe. A tak wyjechałam z Rzymu z przeświadczeniem „Zabytki? Mam gdzieś zabytki. Tu trzeba przyjechać tylko i wyłącznie po to, by dostać oczopląsu patrząc, jak oni tu jeżdżą!”.

Opuszczałyśmy Włochy z masą przygód, żywe, zdrowe na ciele i umyśle, bogatsze w doświadczenia i przygody. Bawiłyśmy się świetnie, przygody trzymały się nas praktycznie cały czas. Widziałyśmy pana obsługującego stację benzynową, który skończył palić i rzucił niedopałek za dystrybutor. Brakowało tylko plakietki z napisem ‘Safety first”. Próbowałyśmy się nauczyć obsługiwać dystrybutory na stacjach paliw, lecz często gęsto te nie chciały z nami współpracować. Raz też D. ukradli na stacji kartę, w sensie maszyna ją wciągnęła i nie chciała oddać. Okazało się jednak, że to była kradzież „żelazkowa”, a karta bezpiecznie spoczywa w kieszeni D. Nie mogę zapomnieć również o tym, że trzy miesiące po naszej ekspedycji dowiedziałyśmy się, iż po Rzymie nie można jeździć rowerem. Cóż, całe dwie one!

I na koniec bardzo długie PS. A więc…

PS. Próbowałam znaleźć więcej zdjęć, które robiłyśmy w podróży i które nadawałyby się na wrzucenie na bloga. Niestety większość z tych, które mamy pokazują, jak nasze rowery ładnie wyglądają na tle atrakcji we Włoszech, jak D. ładnie wygląda na tle atrakcji we Włoszech, jak ja ładnie wyglądam na tle atrakcji we Włoszech i jak my ładnie wyglądamy na tle atrakcji we Włoszech. Jest też jedno zdjęcie, z którym jest pewna historia, bo zażyczyłam sobie uwiecznienia mnie, kiedy jestem na Panteonie. Więc proszę D., by zrobiła mi zdjęcie, a ja się tylko wczuję. Tu włosy mi wiatr artystycznie rozwieje, tam łapkę wyciągnę w górę do tych rzymskich bogów… I wyciągam łapkę, a D. nawiguje, że jeszcze trochę w lewo, o, potem trochę w prawo, o teraz za daleko. Myślę sobie, ki diabeł? Myślę dalej, co ona sobie wyobraża, że to sesja zdjęciowa do tap madl, czy cóś, ale mimo wszystko cierpliwie znoszę te zabiegi. Po czym oglądam to dzieło najlepszej fotografki RP, patrzę, a tam zamiast władczyni Panteonu jest zdjęcie o treści „Proszę, spójrzcie, jaki to dorodny ogier”. Więc sami widzicie, że wybór pod względem zdjęć mam ograniczony. 

I drugie PS. A więc...

Od dziś można mnie też znaleźć na Facebooku, o tu jak klikniecie to Was przekieruje w odpowiednie miejsce. Będę tam spamić o tym, co mi wyszło, co mi nie wyszło, będzie trochę sierści, także alergików uprzedzam... Mam też nadzieję, że będę fejsbuczka prowadzić regularnie co też zmotywuje moje psy do tego, by w końcu nauczyły się wyprowadzać na podwórko same! A co! Także tego, zapraszam :P


Komedia we śnie & "Mgła tworzy się"

by 11:09
Dźwięk wybuchu zniknął tak szybko, jak się pojawił. Podniosłam się powoli z trawnika i odwróciłam w kierunku budynku szkoły, który płonął w najlepsze. Gdyby nie kontekst dzisiejszych wydarzeń, pewnie niejeden uczeń nie miałby nic przeciwko, gdyby kilka dni spędził w domu. Ale tu, we Wrocławiu, jakiś atak? 

Chwila refleksji, która żywiołowo generowała myśli w mojej głowie, przyczyniła się do tego, że dobrych kilka sekund stałam jak wryta i wpatrywałam się w obraz przede mną. Nagle zza rogu budynku wybiegł postawny mężczyzna. Cholera! Gość wygląda jak Russel Crowe!
- Szybko! Dawaj tę broń! – krzyknął do mnie. Omiotłam wzrokiem otoczenie i okazało się, że przy drzewie spoczywa całkiem niezły arsenał. Podbiegłam do broni i zagrodziłam mu drogę.
- Czekaj! Skąd mam wiedzieć, że to Ty jesteś tym dobrym? 
Russel zignorował moje pytanie uznając widocznie wyższość działania nad dialogiem. Postanowiłam pójść tą samą drogą. Wyjęłam z kieszeni mojej kurtki pokaźną skrzyneczkę. Jezu, jak ona się tu zmieściła?, pomyślałam i zanotowałam w głowie, iż warto zapoznać się z konstrukcyjnymi trickami produktów z Ikei. Sprawnie poluzowałam uchwyt i otworzyłam wieczko. W samą porę, bo Russel był już obok mnie:
- Nie podchodź, bo stanie Ci się krzywda! – rzuciłam hadro i na potwierdzenie moich słów pokazałam mu zawartość skrzyneczki. Opłaciło się, bo Russel stanął jak wryty. – Mam tutaj śmiercionośne patyczaki i straszyki. Wystarczy, że rzucę jednego na Ciebie, a on w kilka sekund wpuści do twojego układu krwionośnego toksyczną wydzielinę!
- Dooobra, zaczekaj – rzekł Russel, tym razem uznawszy palmę pierwszeństwa dialogu. Sięgnął ręką w kierunku tylnej kieszeni spodni... Czyżby w tak krótkim czasie ten Sherlock mnie rozpracował i postanowił się rozebrać do naga licząc na moją dezercję? Niedoczekanie jego!
- Wooohaaaa kolego, zwolnij trochę, od tej strony poznawać się nie będziemy. Rączki do góry i łaskawie poinformuj mnie, jak się nazwyasz i co tu się dzieje!
- Mam na imię Jack i jestem byłym komandosem. Przed chwilą widziałem grupę terrorystów, którzy dopuścili się tego ataku. Pobiegli w tamtą stronę – głową wskazał w kierunku Psiego Pola. – Chcę ich dopaść. Potrzebuję broni.
Zmierzyłam go kątem oka. Wygladało na to, że mówi prawdę.
- Mogę Ci pomóc.
- Właśnie widzę – wymownie spojrzał na zawartość skrzyneczki. – A czym dysponujesz?
- Oprócz tego? Mam jeszcze broń biologiczną. Sama nadzorowałam produkcję. Ale nie mam przy sobie. Musielibyśmy podskoczyć do mojego mieszkania. Przejrzysz lodówkę i sprawdzisz, czy coś będzie się nadawać. A w razie w mogę jeszcze zadzwonić do moich dwóch byłych współlokatorek. Haha! Wtedy Ci terroryści będą uciekać i przed dżumą, i przed cholerą! 
Russel, który okazał się Jackiem, uśmiechnął się szelmowsko na mój niecny plan. 
- Dobrze, to idziemy!
Ruszyliśmy w kierunku pętli tramwajowej, coby w miarę sprawnie dotrzeć na miejsce. Akurat przechodziliśmy przez przejście dla pieszych, kiedy wpadłam na D.
- Co Ty tutaj robisz? – zapytałam.
- Do pracy jadę, a Ty nie na zajęciach?
- Nie, uznałam, że ten wykład mogę sobie odpuścić. Ścigam terrorystów.
- To baw się dobrze, Kochanie. Pa!
I odjechała! Nawet nie zdążyłam jej zaproponować udziału w tej wielkiej akcji! 

*

Nie pytajcie, co oglądałam, że w nocy śniły mi się takie rzeczy. I pozostając poniekąd w owadziej tematyce, na zdjęciu pasikonik, którego kiedyś razem z D. uratowałam spod nóg pasażerów wrocławskiego tramwaju. W moim śnie zapewne jest tak samo śmiercionośny, jak te patyczaki i straszyki ;)

I na koniec. Zrobiłam najpierw jedno wielkie wow, potem kilka „oooojeeezzzuu”, potem uśmiechnęłam się do tego, co widzę, do tego, co słyszę i pokręciłam z niedowierzaniem głową. Potem przyszły ciarki... I tak w kółko od ponad tygodnia. Nie wiem, co sąsiedzi myślą na moje „Podobno życie takie jeeesst...” i „I pada bardzo mocny deszcz...”, pozostaje mi żyć w błogiej nieświadomości. Wystarczy, iż Demol patrzy na mnie dziwnie, kiedy drę się w niebogłosy, że „Mgła tworzy się...” i unoszę w górę rękę. 

Ostatnimi czasy w moim życiu było parę zespołów i wokalistek, tudzież wokalistów. Słuchałam, słuchałam, zaspokajało to moje potrzeby, ale było to tak, jak w utworze Skubasa. Możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc. Nie przytulę Cię potem, odwrócę, rzucę „dobranoc”. Nawet „Muddy waters”, utwór, którego tekst jest taki mój, nie powalił mnie na kolana. Nie aż tak. Więc brawo dla tego młodego człowieka. Artysty. Zachwycam się. Słowami. Muzyką. Kompozycją. Talentem. Emocjami. I chcę więcej. 



"Wczoraj się dowiedziałem, że duszą i ciałem…”

by 17:02
Przychodzi taki czas w życiu człowieka, że pod wpływem doświadczeń i wewnętrznego głosu dochodzi on do wniosku, iż odkrył coś ważnego o sobie. Zaś poczucie szczerości względem siebie i innych sprawia, że postanawia w pewnym momencie radośnie ogłosić „Mamo, tato, mam dziewczynę.” Problem pojawia się wtedy, kiedy rodzice reagują „Córko, to bardzo źle.”.

Jak piszę o sobie na blogu, w swoim życiu popełniłam kilka gaf, jeszcze więcej błędów i coming out. Jednakże właśnie to ostatnie było najciekawszym (acz niekoniecznie najprzyjemniejszym) wydarzeniem pod względem reakcji mojej rodziny. Przeszłam przez wiele etapów reakcji na ten stan rzeczy – począwszy od strachu i bezsilności, przez frustrację spowodowaną brakiem konstruktywnej rozmowy, kończąc na permanentnym wkurwie i kompletnym braku zaufania do najbliższych pod względem pokrewieństwa. Tak więc dziś, coby dać wyraz wyżej wymienionym, postanowiłam znów popełnić blogowy ekshibicjonizm. Jeżeli jesteście ciekawi, jak może zmienić się postrzeganie osoby, która oświadcza, że preferuje osoby tej samej płci to zapraszam do przeczytania. Zastanowienie się nad odczuciami tak traktowanej osoby powinno przyjść naturalnie podczas czytania.

Punkt pierwszy, czyli wizja przyszłości

Niegdyś, w czasach, kiedy „byłam hetero” spotykałam się ze twierdzeniem „Idź na ten doktorat. Z Twoimi ocenami i działalnością na pewno się dostaniesz”. Z kolei od kiedy „jestem homo” pojawiają się głosy „A czy Ty masz jakiekolwiek szanse, by dostać się na ten doktorat?”. Sprawdziłam w zasadach rekrutacji. Za bycie nieheteronormatywnym człowiekiem nie odejmują punktów. 

Kolejna kwestia związana z tym punktem tyczy się potencjalnej pracy. Z racji tego, iż wybrałam kierunek ze specjalnością nauczycielską to naturalnie brałam pod uwagę, że kiedyś trafię znów do szkoły, aczkolwiek w innej roli. Z chirurgiczną precyzją dopieszczałam moje CV poprzez udział w różnych akcjach i wydarzeniach popularyzujących naukę, a ono rosło, rosło i rosło… Za to ostatnimi czasy moja rodzina przyjęła stanowisko, iż nie dostanę pracy nigdzie. Próbowałam dojść w dyskusji, skąd taka zmiana poglądów. Niestety nie udało mi się nic ustalić, oprócz tego, iż najbliżsi krewni chyba podejrzewają, że na rozmowy kwalifikacyjne będę zakładać koszulkę z napisem „Nobody knows I’m a lesbian” i przyoblekę się w tęczową flagę. 

Punkt drugi, czyli kultura wypowiedzi

O ile za czasów mnie w wersji hetero zdarzały się epizody, podczas których rodzina posługiwała się niewybrednym słownictwem względem mnie, tak w przypadku okresu pocoming outowego zachowują się tak, jakby otrzymali moralne prawo (zapewne boskie!) do:

a. obrażania mnie i mojej drugiej lepszej połowy w każdy możliwy sposób i szykanowania. 
b. szantażu psychologicznego i emocjonalnego
c. szantażu finansowego
d. deprecjonowania moich osiągnięć

Na początku zaczynało się delikatnie – Ty postępujesz źle, taka relacja jest czymś złym, by w końcu dojść do punktu, w którym okazywałam się „chuja warta”. Problem polegał jednak na tym, że byłam wciąż taką samą osobą, jak kiedyś. Może w tamtym czasie bardziej zlęknioną, ale nadal uczyłam się dobrze i bardzo dobrze, w zależności od przedmiotu, działałam w kole i na Uczelni, miałam swoje zainteresowania i pasje. Zmieniło się tylko to, że byłam w związku z kobietą. Ale to był wystarczający powód do tego, by regularnie obrzucać mnie milionem epitetów. 

Bycie osobą homoseksualną spowodowało również, że ja okazywałam się winna cierpień rodziny, które muszą z mojego powodu ponosić. Co ma powiedzieć moja matka o mnie? Że jestem „lesbiją”? Żyję „z babą”? Kiedyś mówiła o tym, że realizuję się na studiach. Bycie homo spowodowało, że to wszystko zostało wykreślone z mojego życia? Tabula rasa? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, za to zostałam dokładnie poinformowana, że byłam odpowiedzialna za wylane nad moim losem łzy, nieprzespane noce oraz różne objawy somatyczne To wszystko zostało  spowodowane moim „pedalstwem”. Rozmawiałam o tym wielokrotnie z nimi. Mówiłam, że D. mnie uszczęśliwia, że jest bardzo mądrą, inteligentną, wartościową osobą o dobrym sercu. Więc nie nad moim losem powinni płakać, tylko nad tym, jak oni mnie traktują, jak mnie poniżają i jak ja się z tym czuję.

Doszło do tego, że bałam się dzwonić do nich. Lecz to pół biedy. Bałam się jechać do domu, bo biorąc pod uwagę słowa, jakie padały w rozmowach telefonicznych i jak mnie załamywały, byłam przerażona, co mogą mi zrobić w trakcie dwóch dni. A gdy już zdecydowałam się, że pojadę do domu, bo w pracy będę mieć akurat wolne, to przez trzy tygodnie byłam nie do wytrzymania. Nie wiedziałam, jak radzić sobie z tym lękiem, który się kumulował, to też rzutowało negatywnie na moje relacje z innymi. Zastanawiałam się, jak to będzie tym razem. Znowu dzień poudają, że nic się nie stało, będą miłe słowa, dopytywanie, jak tam, połączone ze starannym unikaniem tematu, aż w końcu nastąpi erupcja. Będą łzy, oszczerstwa, wyzywanie, krzyk, prośby, żebym znalazła sobie chłopaka i ułożyła sobie życie. Będą moje argumenty, że z nią jestem szczęśliwa i że żaden facet nie da mi tego, czego potrzebuję. To może dać mi tylko kobieta. Zacznie się powoływanie na fragmenty z Biblii, że homoseksualizm to coś ohydnego, złego, zdrożnego, bo mojej matki nie stać na sięgnięcie do tej świętej księgi i doczytanie, że to akt homoseksualny jest zły. Ja pociągnę znów temat, zapytam, dlaczego jest jedną z tych, którzy rzucają kamieniami. Nie doczekam się odpowiedzi, za to dowiem się, że jestem kurwą. Ale najgorsze z tego wszystkiego nie były chyba same wyzwiska, brak akceptacji, brak wsparcia, brak jakiegokolwiek zrozumienia, brak dbania o moje szczęście, stawianie na piedestale szczęścia mojej matki i jej wizji mojego życia. Zawsze najgorsze z tego wszystkiego było to oczekiwanie, kiedy w końcu skończą sie godziny sielanki i to wszystko o czym napisałam w zdaniu powyżej się zacznie. 

Nie jeździłam często do domu. Za bardzo bałam się konfrontacji i swojej słabości emocjonalnej oraz psychologicznej podczas niej. To, co działo się przez telefon, wystarczająco mnie wykańczało. Mówiłam o tym, mówiłam, że się boję, że nie chcę jechać do domu, bo tam nie mam poczucia bezpieczeństwa. Ze przyjadę, jak będę silniejsza, bo teraz nie jestem w stanie udźwignąć tego, co będzie się działo w konfrontacji na żywo.

Z racji tego, iż moja szanowna matka oraz chrzestna są osobami bardzo wierzącymi to naturalnie dopytałam, gdzie jest ta miłość do bliźniego w ich zachowaniu. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi. Podobnie jak przy pytaniu, które wersy biblijne upoważniają je do w/w zachowań w stosunku do innego człowieka. 

Muszę przyznać, że takie rozmowy bardzo rozszerzyły mój światopogląd. Dowiedziałam się na przykład, jak to jest z tym grzechem u katolików:
- Obrażasz mnie, rzucasz kurwami w moją stronę, szantażujesz i Ty naprawdę myślisz, że tak robią katolicy?!
- No ale ja przecież mam później wyrzuty sumienia i idę do spowiedzi.
Przyznam szczerze – zatkało mnie, jakie to wszystko proste w tym katolickim świecie.

Punkt trzeci, czyli rodzina wszystko wie najlepiej

Jeżeli zapytacie członków mojej rodziny o to, jakie kryteria powinna spełniać moja druga połowa to chórem odrzekną, iż powinna mieć penisa. To chyba kryterium najważniejsze, bo moja rodzicielka proponowała mi nawet „wyprostowanego Ukraińca”, co jest wielkim poświęceniem, jeśli chodzi o jej standardy („Ukraińcy to przecież taki mściwy naród”).  Nieistotne jest też, czy mój niedoszły wybranek będzie miał poukładane w głowie („brutal, nie brutal, ważne, że facet”). 

Nasza przyszłość będzie wyglądać kolorowo. Moja rodzicielka zna mnie doskonale i naturalnie wie, że w moim przypadku pieniądze są najtrafniejszym argumentem. Dlatego też otrzymałam nawet propozycję życia z jakimś „brutalem, nie brutalem” oraz kupna mieszkania dla nas we Wrocławiu. 

Propozycja była na tyle kusząca, że razem z D. rozważałyśmy kilka kandydatur. I o ile powrót do domu z przyjacielem (gejem) i ogłoszenie „Mamo, tato! Oto mój nowy chłopak!” wydawało się zabawną opcją, tak stwierdzenie D., iż biorąc pod uwagę szczegółową charakterystykę mojej matki, powinnam przyjechać z księdzem, spowodowało, że natychmiast zamknęłam temat. 

D. również została wzięta pod lupę. Słuchałam tego i słuchałam, i coraz bardziej waliłam łbem z bezsilności w niewidzialną ścianę. Bo jak można oceniać człowieka w ogóle go nie znając? Dla mojej rodziny to nie stanowiło problemu. Więc żeby skrócić potencjalny elaborat – weźcie pod uwagę losowo wybrane negatywne cechy człowieka… albo najlepiej wszystkie, bo w ciągu roku moja rodzina płynnie rozwijała się na tym polu – właśnie takimi cechami została obdarowana moja D. Boże drogi, jeśliś jest! Nie sądziłam nigdy, że członkowie mojej rodziny mogą tak bardzo nienawidzić. Świątobliwi i bogobojni katolicy, kurwa! 

Za to ostatnimi czasy po raz wtóry dowiedziałam się, iż jestem głupia, a D. wykorzystuje mnie seksualnie. Cóż, jestem na takim etapie tej wojny, że odpowiedziałam:
- Nie, nie wykorzystuje, ale wierz mi, że jeśli będzie chciała to nie zaoponuję. 

*

Jest noc. Godzina 1. Siedzę przed laptopem, lecz rytuał uległ zmianie. Nie mam otwartego piwa, nie otwieram drzwi na balkon i nie wychodzę na fajkę, coby zimne powietrze otrzeźwiło mi umysł i pozwoliło zebrać najważniejsze myśli. Z tamtego rytuału pozostało jeszcze ocieranie łez podczas pisania niektórych fragmentów. Jest noc. Nocą dobrze wychodzi mi uzewnętrznianie się. Bo w ciągu roku przechodziłam przez różne etapy odnajdywania się w tym wszystkim. Byłam workiem do bicia, załamywałam się, zjadały mnie wyrzuty sumienia, bo jeżeli chodzi o wyrachowany szantaż to moja rodzina wyśrubowała wysoki poziom. Potem uczyłam się bronić siebie i tego, na czym mi zależy. Aż w końcu przyszedł taki moment, w którym opadły mi ręce z bezsilności, a w głowie kołatała tylko jedna myśl „Pierdolę to wszystko, mam dość. Tych ludzi, z którymi łączą mnie więzy krwi.”.

I teraz dążę do tego, że może kiedyś wy znajdziecie się w takiej sytuacji, iż wasze dziecko przyjdzie do domu i oświadczy „Mamo, tato, jestem lesbijką/gejem”. Nie akceptujcie, jeśli nie chcecie. To wasz wybór. Waszym wyborem jest również to, co będzie dla was ważniejsze – opinia społeczna, motywy religijne, tradycyjne podejście do rodziny, którą tworzą kobieta i mężczyzna i inne czy dziecko, homoseksualne, biseksualne, ale nadal wasze dziecko. Jest ono takie, jak wcześniej, nim dowiedzieliście się o odmiennej orientacji seksualnej. Ma zainteresowania, pasje, uczucia i potrzeby. Może tylko z tą różnicą, że często w takiej sytuacji oczekuje ono waszego wsparcia. 

Nie akceptujcie, jeśli nie chcecie. Macie wybór – o tym, każdy z was wie. Ale miejcie przy okazji świadomość, że jesteście takimi osobami, na których akceptacji waszemu dziecku najbardziej zależy. Zapewne wasze dziecko zdążyło poznać się na regułach gry w tym świecie, zdaje sobie sprawę z tego, iż homoseksualiści nie mają lekko. Być może już na własnej skórze tego doświadczyło. Tyle że inaczej boli, jeżeli wasze dziecko zostanie odrzucone przez jednostki w społeczeństwie, a inaczej – jeżeli zostanie odrzucone przez was. To boli najbardziej.

I… osobiście radzę, nie spierdolcie tego. Relacji z waszym dzieckiem. No chyba, że obawa przed plotkami sąsiadek z dołu i lęk przed wiecznym potępieniem dla matki, która wydała na świat małego homoseksualistę są ważniejsze.

Podejrzana, podejrzany?

by 09:05
I stało się. Ponad miesiąc temu do drzwi naszego domu zapukał Pan, który rozpytywał o kota. Koty jak to koty, dbają o pielęgnację własnego ciała, śpią, jedzą i w międzyczasie chodzą własnymi ścieżkami. Pan twierdził, że jego pupil ze swoich kocich obowiązków wywiązywał się perfekcyjnie. Do czasu. A konkretnie do czasu, w którym zaginął. 

Tydzień lub dwa po tym wydarzeniu w naszej skrzynce pocztowej znalazłyśmy kartkę z informacją, że w okolicy masowo giną koty. Podobno już 9 futrzaków nie wróciło do domu po nocnej schadzce z ukochaną, tudzież ukochanym, ewentualnie po wieczornych polowaniach. Z racji skali zaginięć i niewyjaśnionych okoliczności poszczególnych zajść, na kartce zamieszczono nawet informację o odpowiednim paragrafie, pod który podpada potencjalny porywacz kotów. Straszono grzywną, zawiasami, deficytem budżetowym i siedmioma plagami egipskimi.

Rozważałyśmy sytuację biorąc pod uwagę różne warianty wydarzeń: 
a. na naszej ulicy faktycznie grasuje porywacz kotów, który wywozi je za granicę i zmusza do ciężkiej pracy polegającej na poddawaniu się nieustannemu głaskaniu, 
b. na Ziemię dotarł potomek Alfa, 
c. nasz terier o wdzięcznym imieniu Gangrena dba o dobór naturalny poprzez eliminację słabszych osobników, czyli tych, które dadzą się złapać i zjeść.

Szczególnie dużo uwagi poświęciłyśmy ostatniej opcji. Gangrena. Entuzjastka sikania dokładnie na środku podwórka, parkingu, drogi. Z jednej strony posiadaczka dosyć wysublimowanego gustu smakowego, jeżeli chodzi o psią karmę, z drugiej – pies, który potrafi zjeść i strawić piłeczkę tenisową. Czemu więc nie spróbować skonsumować kota? Motyw więc mamy. A jej konserwatywne konotacje oraz dosyć tradycyjny pogląd na rolę psa i kota w społeczeństwie, również nie stawiały jej w najlepszym świetle w obliczu tych wydarzeń…

Postanowiłyśmy się zabezpieczyć na taką ewentualność i zaczęłyśmy myśleć o konsekwencjach. Co się stanie, jeśli Gangrena okaże się winna? Jest już stara, więc nie wyślemy jej teraz do pracy, coby mogła zarobić na grzywnę. Perspektywa więzienia w zawieszeniu i areszt domowy z naszego punktu widzenia również odpadały, bowiem szukanie rozwiązań dla potrzeb fizjologicznych psa i ich realizacja byłoby zbyt czasochłonna. W końcu nie bez powodu w najbliższym kręgu zainteresowanych funkcjonuje powiedzenie „sikałam jak Gangrena”, czyli długo i dużo.

Postanowiłyśmy więc się wyprowadzić, póki jeszcze znaleziono żadnych dowodów zbrodni w postaci kocich szczątków oraz gangrenowych odcisków łap i sierści. Z racji tego, iż dysponowałam w ówczesnym czasie większą ilością czasu, spakowałam rzeczy zarówno swoje, D. i psów. Widząc, jak w zastraszającym tempie mnożą się torby i worki z rzeczami oraz ubraniami, mając na uwadze, iż D. będzie mieć problem ze zlokalizowaniem poszczególnych części garderoby, zdecydowałam się na prosty zabieg. Na większości worków z jej ubraniami nakleiłam karteczkę z informacją o zawartości. I tak D. miała worki z dosyć jednoznacznym napisami: „Bluzy”, „Koszule”, jak również nieco enigmatycznymi: „Skarpetki, bielizna + „Ja w tym nie chodzę.””.  

Gangrena, zdjęcie okolicznościowe
Gdy byłyśmy już spakowane, musiałyśmy jeszcze przyjąć odpowiednią strategię – wiedziałyśmy, że jeśli teraz się wyprowadzimy, podejrzenia padną od razu na nas i Gangrenę. I tu w sukurs przyszły nasze torby i worki! Wielokrotnie pokonując trasę dom-samochód oraz samochód-mieszkanie, obładowane rzeczami, bardziej przypominałyśmy uchodźców z Syrii, niż kobiety, które być może zostaną oskarżone o współudział!

W późnych godzinach wieczornych przyjechałyśmy po psy. Podział obowiązków był następujący: ja rozglądałam się na prawo i lewo wypatrując czegoś podejrzanego oraz instruowałam psy, jak mają się zachować („Gangrena, nie szczekaj, bo Ci łeb ukręcę!”), a D., niczym wysoce wykwalifikowany kierowca BOR, eskortowała psy na trasie dom-mieszkanie i sprawdzała, czy nikt nas nie śledzi.

Dziś po tym wydarzeniu muszę przyznać, iż ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości wymaga wielkiego zaangażowania oraz stalowych nerwów,  którymi obie się wykazałyśmy. Warto też wspomnieć o naszym profesjonalizmie, ponieważ podczas ucieczki nie ucierpiało żadne zwierzę.

Atak z trzech frontów

by 09:39
Przyszedł Nowy Rok, za nim przyszedł styczeń i kac. I choć kac sobie poszedł to styczeń pozostał i miał się w najlepsze. Na samym początku na froncie pojawiły się Panie z Dziekanatu.

1,5 roku wcześniej…

- Idź, to jest ważne wydarzenie w Twoim życiu – rzekła mi. Zakończyłyśmy rozmowę, nacisnęłam czerwoną słuchawkę w telefonie i zaczęłam analizować sytuację. Mam kolokwium w poniedziałek, obecnie jest zimno, jest nieładna pogoda, nie mam ochoty zakładać galowego stroju i tracić swojego cennego czasu na słuchanie przemówienia (pierdolenia? nie pamiętam, co dokładnie wtedy myślałam) pana Dziekana i odbieranie z jego rąk dyplomu.
- Nie, nie idę. To wcale nie jest ważne wydarzenie w moim życiu – powiedziałam i wróciłam do nauki. Bo w życiu trzeba mieć priorytety, prawda?

Tak więc dyplom trafił do jednej z teczek dziekanatu. Umieszczono go w szafie za panią K., która w ówczesnym czasie rozpoczynała tam pracę i już wykazywała bardzo dobre cechy, które w przyszłości pozwolą jej zostać świetną Panią z Dziekanatu. Owe predyspozycje wyrażały się głównie przez zwrot „Wy się mnie o to nie pytajcie, ja tego nie wiem”. Prawda, że miała kobieta potencjał? Minął więc rok, potem jeszcze pół w spokoju; monotonię tą czasem przerywały moje myśli o tym, iż warto byłoby w końcu ten dyplom odebrać, ale szybko ginęły one w gąszczu innych obowiązków lub ich braku. Niemniej jednak ostatnio przeżyłam głębokie zaskoczenie, kiedy sprawdziłam swojego uniwersyteckiego e-maila.

Nigdy o tym nie pisałam, ale po tym, jak wprowadzono na naszej uczelni USOS, okazało się, iż była to tylko gra wstępna. Bowiem czekała nas prawdziwa rewolucja, po której każdy z nas otrzymał swój uniwersytecki mejl. Prawdopodobnie po to, by uniwerkowi dodać trochę prestiżu, a paniom z dziekanatu kolejne narzędzie do ziania ogniem na odległość. E-ogniem.

Tak więc za pomocą e-ognia zostałam poinformowana, iż jeśli wkrótce nie odbiorę swojego dyplomu to zostanie on zarchiwizowany.… Cholera, niech zostanie! Przynajmniej będę wiedzieć, gdzie go szukać ;>

Po udaremnionym ataku Pani z Dziekanatu przyszedł czas na zawirowania na kolejnym froncie. Przez ponad tydzień byłam siedmiokrotnie bombardowana zaliczeniami z przeróżnych przedmiotów. Takich, które były ciekawe, takich, na które chodziłam z różną częstotliwością, jak również takich, do których miałam stosunek analny – bo owszem, ja rozumiem, że holizm jest ważny, ale jakim argumentem posłużyć się, by przekonać biologa, że poglądy Poppera dotyczące definicji nauki mu się do czegokolwiek przydadzą?

Przeżyłam. Potem przyszła kolej na kolejny front, cobym się czasem nie zanudziła. Trochę zaniedbałam te swoje ogórasy, bo zaliczenia, bo zaliczenia, bo zaliczenia, więc i z chcenia, i z musu zaczęłam poświęcać im więcej uwagi, coby pozyskać materiał genetyczny z tkanki roślinnej do badań. 

Nie spodziewałam się, że już wkrótce pojawi się tu ujęta w wulgarne słowa apoteoza prokreacji, bo jak tu nie rzucić soczyście „nosz k.., ja p…”, kiedy miało wychodzić, a nie wychodzi. Pani Profesor osobiście pochyliła się nade mną, a jako że z tego pochylenia nic nie wyniknęło to zadzwoniła do nadzorującej mnie pani Doktor. Koncepcji było mnóstwo: „Proszę mocniej i dłużej ucierać.”, „Czegoś Pani nie dodała.”, „Proszę dodać więcej izopropanolu” i tak dalej, i tak dalej. 

Takie o, podczas mikroskopowania.
Pracownicy Zakładu również snuli domysły i doradzali: „Proszę dwa razy zwirować” i „A niech Pani doda więcej etanolu”, ale jak nie wychodziło, tak nie wychodziło. Więc w końcu po milionie rzuconych w przestrzeń kurew, tysiącu licznych apoteoz prokreacji i jednej uronionej łzie, miałam zabookowany termin izolacji RNA z doktorantką. Więc ucierałyśmy razem, dodawałyśmy więcej chloroformów i etanoli… Po dwóch dniach wspólnej pracy nie tylko ja rozłożyłam ręce w geście bezradności.

Nowa partia ogórków na kolejny raz zmienionej pożywce rośnie sobie w najlepsze, magisterka leniwie przysypia na pulpicie, a tymczasem powoli zaczyna ciągnąć wilka do lasu, pytanie, kiedy wyciągnie?



Obsługiwane przez usługę Blogger.