"Wczoraj się dowiedziałem, że duszą i ciałem…”

by 17:02
Przychodzi taki czas w życiu człowieka, że pod wpływem doświadczeń i wewnętrznego głosu dochodzi on do wniosku, iż odkrył coś ważnego o sobie. Zaś poczucie szczerości względem siebie i innych sprawia, że postanawia w pewnym momencie radośnie ogłosić „Mamo, tato, mam dziewczynę.” Problem pojawia się wtedy, kiedy rodzice reagują „Córko, to bardzo źle.”.

Jak piszę o sobie na blogu, w swoim życiu popełniłam kilka gaf, jeszcze więcej błędów i coming out. Jednakże właśnie to ostatnie było najciekawszym (acz niekoniecznie najprzyjemniejszym) wydarzeniem pod względem reakcji mojej rodziny. Przeszłam przez wiele etapów reakcji na ten stan rzeczy – począwszy od strachu i bezsilności, przez frustrację spowodowaną brakiem konstruktywnej rozmowy, kończąc na permanentnym wkurwie i kompletnym braku zaufania do najbliższych pod względem pokrewieństwa. Tak więc dziś, coby dać wyraz wyżej wymienionym, postanowiłam znów popełnić blogowy ekshibicjonizm. Jeżeli jesteście ciekawi, jak może zmienić się postrzeganie osoby, która oświadcza, że preferuje osoby tej samej płci to zapraszam do przeczytania. Zastanowienie się nad odczuciami tak traktowanej osoby powinno przyjść naturalnie podczas czytania.

Punkt pierwszy, czyli wizja przyszłości

Niegdyś, w czasach, kiedy „byłam hetero” spotykałam się ze twierdzeniem „Idź na ten doktorat. Z Twoimi ocenami i działalnością na pewno się dostaniesz”. Z kolei od kiedy „jestem homo” pojawiają się głosy „A czy Ty masz jakiekolwiek szanse, by dostać się na ten doktorat?”. Sprawdziłam w zasadach rekrutacji. Za bycie nieheteronormatywnym człowiekiem nie odejmują punktów. 

Kolejna kwestia związana z tym punktem tyczy się potencjalnej pracy. Z racji tego, iż wybrałam kierunek ze specjalnością nauczycielską to naturalnie brałam pod uwagę, że kiedyś trafię znów do szkoły, aczkolwiek w innej roli. Z chirurgiczną precyzją dopieszczałam moje CV poprzez udział w różnych akcjach i wydarzeniach popularyzujących naukę, a ono rosło, rosło i rosło… Za to ostatnimi czasy moja rodzina przyjęła stanowisko, iż nie dostanę pracy nigdzie. Próbowałam dojść w dyskusji, skąd taka zmiana poglądów. Niestety nie udało mi się nic ustalić, oprócz tego, iż najbliżsi krewni chyba podejrzewają, że na rozmowy kwalifikacyjne będę zakładać koszulkę z napisem „Nobody knows I’m a lesbian” i przyoblekę się w tęczową flagę. 

Punkt drugi, czyli kultura wypowiedzi

O ile za czasów mnie w wersji hetero zdarzały się epizody, podczas których rodzina posługiwała się niewybrednym słownictwem względem mnie, tak w przypadku okresu pocoming outowego zachowują się tak, jakby otrzymali moralne prawo (zapewne boskie!) do:

a. obrażania mnie i mojej drugiej lepszej połowy w każdy możliwy sposób i szykanowania. 
b. szantażu psychologicznego i emocjonalnego
c. szantażu finansowego
d. deprecjonowania moich osiągnięć

Na początku zaczynało się delikatnie – Ty postępujesz źle, taka relacja jest czymś złym, by w końcu dojść do punktu, w którym okazywałam się „chuja warta”. Problem polegał jednak na tym, że byłam wciąż taką samą osobą, jak kiedyś. Może w tamtym czasie bardziej zlęknioną, ale nadal uczyłam się dobrze i bardzo dobrze, w zależności od przedmiotu, działałam w kole i na Uczelni, miałam swoje zainteresowania i pasje. Zmieniło się tylko to, że byłam w związku z kobietą. Ale to był wystarczający powód do tego, by regularnie obrzucać mnie milionem epitetów. 

Bycie osobą homoseksualną spowodowało również, że ja okazywałam się winna cierpień rodziny, które muszą z mojego powodu ponosić. Co ma powiedzieć moja matka o mnie? Że jestem „lesbiją”? Żyję „z babą”? Kiedyś mówiła o tym, że realizuję się na studiach. Bycie homo spowodowało, że to wszystko zostało wykreślone z mojego życia? Tabula rasa? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, za to zostałam dokładnie poinformowana, że byłam odpowiedzialna za wylane nad moim losem łzy, nieprzespane noce oraz różne objawy somatyczne To wszystko zostało  spowodowane moim „pedalstwem”. Rozmawiałam o tym wielokrotnie z nimi. Mówiłam, że D. mnie uszczęśliwia, że jest bardzo mądrą, inteligentną, wartościową osobą o dobrym sercu. Więc nie nad moim losem powinni płakać, tylko nad tym, jak oni mnie traktują, jak mnie poniżają i jak ja się z tym czuję.

Doszło do tego, że bałam się dzwonić do nich. Lecz to pół biedy. Bałam się jechać do domu, bo biorąc pod uwagę słowa, jakie padały w rozmowach telefonicznych i jak mnie załamywały, byłam przerażona, co mogą mi zrobić w trakcie dwóch dni. A gdy już zdecydowałam się, że pojadę do domu, bo w pracy będę mieć akurat wolne, to przez trzy tygodnie byłam nie do wytrzymania. Nie wiedziałam, jak radzić sobie z tym lękiem, który się kumulował, to też rzutowało negatywnie na moje relacje z innymi. Zastanawiałam się, jak to będzie tym razem. Znowu dzień poudają, że nic się nie stało, będą miłe słowa, dopytywanie, jak tam, połączone ze starannym unikaniem tematu, aż w końcu nastąpi erupcja. Będą łzy, oszczerstwa, wyzywanie, krzyk, prośby, żebym znalazła sobie chłopaka i ułożyła sobie życie. Będą moje argumenty, że z nią jestem szczęśliwa i że żaden facet nie da mi tego, czego potrzebuję. To może dać mi tylko kobieta. Zacznie się powoływanie na fragmenty z Biblii, że homoseksualizm to coś ohydnego, złego, zdrożnego, bo mojej matki nie stać na sięgnięcie do tej świętej księgi i doczytanie, że to akt homoseksualny jest zły. Ja pociągnę znów temat, zapytam, dlaczego jest jedną z tych, którzy rzucają kamieniami. Nie doczekam się odpowiedzi, za to dowiem się, że jestem kurwą. Ale najgorsze z tego wszystkiego nie były chyba same wyzwiska, brak akceptacji, brak wsparcia, brak jakiegokolwiek zrozumienia, brak dbania o moje szczęście, stawianie na piedestale szczęścia mojej matki i jej wizji mojego życia. Zawsze najgorsze z tego wszystkiego było to oczekiwanie, kiedy w końcu skończą sie godziny sielanki i to wszystko o czym napisałam w zdaniu powyżej się zacznie. 

Nie jeździłam często do domu. Za bardzo bałam się konfrontacji i swojej słabości emocjonalnej oraz psychologicznej podczas niej. To, co działo się przez telefon, wystarczająco mnie wykańczało. Mówiłam o tym, mówiłam, że się boję, że nie chcę jechać do domu, bo tam nie mam poczucia bezpieczeństwa. Ze przyjadę, jak będę silniejsza, bo teraz nie jestem w stanie udźwignąć tego, co będzie się działo w konfrontacji na żywo.

Z racji tego, iż moja szanowna matka oraz chrzestna są osobami bardzo wierzącymi to naturalnie dopytałam, gdzie jest ta miłość do bliźniego w ich zachowaniu. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi. Podobnie jak przy pytaniu, które wersy biblijne upoważniają je do w/w zachowań w stosunku do innego człowieka. 

Muszę przyznać, że takie rozmowy bardzo rozszerzyły mój światopogląd. Dowiedziałam się na przykład, jak to jest z tym grzechem u katolików:
- Obrażasz mnie, rzucasz kurwami w moją stronę, szantażujesz i Ty naprawdę myślisz, że tak robią katolicy?!
- No ale ja przecież mam później wyrzuty sumienia i idę do spowiedzi.
Przyznam szczerze – zatkało mnie, jakie to wszystko proste w tym katolickim świecie.

Punkt trzeci, czyli rodzina wszystko wie najlepiej

Jeżeli zapytacie członków mojej rodziny o to, jakie kryteria powinna spełniać moja druga połowa to chórem odrzekną, iż powinna mieć penisa. To chyba kryterium najważniejsze, bo moja rodzicielka proponowała mi nawet „wyprostowanego Ukraińca”, co jest wielkim poświęceniem, jeśli chodzi o jej standardy („Ukraińcy to przecież taki mściwy naród”).  Nieistotne jest też, czy mój niedoszły wybranek będzie miał poukładane w głowie („brutal, nie brutal, ważne, że facet”). 

Nasza przyszłość będzie wyglądać kolorowo. Moja rodzicielka zna mnie doskonale i naturalnie wie, że w moim przypadku pieniądze są najtrafniejszym argumentem. Dlatego też otrzymałam nawet propozycję życia z jakimś „brutalem, nie brutalem” oraz kupna mieszkania dla nas we Wrocławiu. 

Propozycja była na tyle kusząca, że razem z D. rozważałyśmy kilka kandydatur. I o ile powrót do domu z przyjacielem (gejem) i ogłoszenie „Mamo, tato! Oto mój nowy chłopak!” wydawało się zabawną opcją, tak stwierdzenie D., iż biorąc pod uwagę szczegółową charakterystykę mojej matki, powinnam przyjechać z księdzem, spowodowało, że natychmiast zamknęłam temat. 

D. również została wzięta pod lupę. Słuchałam tego i słuchałam, i coraz bardziej waliłam łbem z bezsilności w niewidzialną ścianę. Bo jak można oceniać człowieka w ogóle go nie znając? Dla mojej rodziny to nie stanowiło problemu. Więc żeby skrócić potencjalny elaborat – weźcie pod uwagę losowo wybrane negatywne cechy człowieka… albo najlepiej wszystkie, bo w ciągu roku moja rodzina płynnie rozwijała się na tym polu – właśnie takimi cechami została obdarowana moja D. Boże drogi, jeśliś jest! Nie sądziłam nigdy, że członkowie mojej rodziny mogą tak bardzo nienawidzić. Świątobliwi i bogobojni katolicy, kurwa! 

Za to ostatnimi czasy po raz wtóry dowiedziałam się, iż jestem głupia, a D. wykorzystuje mnie seksualnie. Cóż, jestem na takim etapie tej wojny, że odpowiedziałam:
- Nie, nie wykorzystuje, ale wierz mi, że jeśli będzie chciała to nie zaoponuję. 

*

Jest noc. Godzina 1. Siedzę przed laptopem, lecz rytuał uległ zmianie. Nie mam otwartego piwa, nie otwieram drzwi na balkon i nie wychodzę na fajkę, coby zimne powietrze otrzeźwiło mi umysł i pozwoliło zebrać najważniejsze myśli. Z tamtego rytuału pozostało jeszcze ocieranie łez podczas pisania niektórych fragmentów. Jest noc. Nocą dobrze wychodzi mi uzewnętrznianie się. Bo w ciągu roku przechodziłam przez różne etapy odnajdywania się w tym wszystkim. Byłam workiem do bicia, załamywałam się, zjadały mnie wyrzuty sumienia, bo jeżeli chodzi o wyrachowany szantaż to moja rodzina wyśrubowała wysoki poziom. Potem uczyłam się bronić siebie i tego, na czym mi zależy. Aż w końcu przyszedł taki moment, w którym opadły mi ręce z bezsilności, a w głowie kołatała tylko jedna myśl „Pierdolę to wszystko, mam dość. Tych ludzi, z którymi łączą mnie więzy krwi.”.

I teraz dążę do tego, że może kiedyś wy znajdziecie się w takiej sytuacji, iż wasze dziecko przyjdzie do domu i oświadczy „Mamo, tato, jestem lesbijką/gejem”. Nie akceptujcie, jeśli nie chcecie. To wasz wybór. Waszym wyborem jest również to, co będzie dla was ważniejsze – opinia społeczna, motywy religijne, tradycyjne podejście do rodziny, którą tworzą kobieta i mężczyzna i inne czy dziecko, homoseksualne, biseksualne, ale nadal wasze dziecko. Jest ono takie, jak wcześniej, nim dowiedzieliście się o odmiennej orientacji seksualnej. Ma zainteresowania, pasje, uczucia i potrzeby. Może tylko z tą różnicą, że często w takiej sytuacji oczekuje ono waszego wsparcia. 

Nie akceptujcie, jeśli nie chcecie. Macie wybór – o tym, każdy z was wie. Ale miejcie przy okazji świadomość, że jesteście takimi osobami, na których akceptacji waszemu dziecku najbardziej zależy. Zapewne wasze dziecko zdążyło poznać się na regułach gry w tym świecie, zdaje sobie sprawę z tego, iż homoseksualiści nie mają lekko. Być może już na własnej skórze tego doświadczyło. Tyle że inaczej boli, jeżeli wasze dziecko zostanie odrzucone przez jednostki w społeczeństwie, a inaczej – jeżeli zostanie odrzucone przez was. To boli najbardziej.

I… osobiście radzę, nie spierdolcie tego. Relacji z waszym dzieckiem. No chyba, że obawa przed plotkami sąsiadek z dołu i lęk przed wiecznym potępieniem dla matki, która wydała na świat małego homoseksualistę są ważniejsze.

Podejrzana, podejrzany?

by 09:05
I stało się. Ponad miesiąc temu do drzwi naszego domu zapukał Pan, który rozpytywał o kota. Koty jak to koty, dbają o pielęgnację własnego ciała, śpią, jedzą i w międzyczasie chodzą własnymi ścieżkami. Pan twierdził, że jego pupil ze swoich kocich obowiązków wywiązywał się perfekcyjnie. Do czasu. A konkretnie do czasu, w którym zaginął. 

Tydzień lub dwa po tym wydarzeniu w naszej skrzynce pocztowej znalazłyśmy kartkę z informacją, że w okolicy masowo giną koty. Podobno już 9 futrzaków nie wróciło do domu po nocnej schadzce z ukochaną, tudzież ukochanym, ewentualnie po wieczornych polowaniach. Z racji skali zaginięć i niewyjaśnionych okoliczności poszczególnych zajść, na kartce zamieszczono nawet informację o odpowiednim paragrafie, pod który podpada potencjalny porywacz kotów. Straszono grzywną, zawiasami, deficytem budżetowym i siedmioma plagami egipskimi.

Rozważałyśmy sytuację biorąc pod uwagę różne warianty wydarzeń: 
a. na naszej ulicy faktycznie grasuje porywacz kotów, który wywozi je za granicę i zmusza do ciężkiej pracy polegającej na poddawaniu się nieustannemu głaskaniu, 
b. na Ziemię dotarł potomek Alfa, 
c. nasz terier o wdzięcznym imieniu Gangrena dba o dobór naturalny poprzez eliminację słabszych osobników, czyli tych, które dadzą się złapać i zjeść.

Szczególnie dużo uwagi poświęciłyśmy ostatniej opcji. Gangrena. Entuzjastka sikania dokładnie na środku podwórka, parkingu, drogi. Z jednej strony posiadaczka dosyć wysublimowanego gustu smakowego, jeżeli chodzi o psią karmę, z drugiej – pies, który potrafi zjeść i strawić piłeczkę tenisową. Czemu więc nie spróbować skonsumować kota? Motyw więc mamy. A jej konserwatywne konotacje oraz dosyć tradycyjny pogląd na rolę psa i kota w społeczeństwie, również nie stawiały jej w najlepszym świetle w obliczu tych wydarzeń…

Postanowiłyśmy się zabezpieczyć na taką ewentualność i zaczęłyśmy myśleć o konsekwencjach. Co się stanie, jeśli Gangrena okaże się winna? Jest już stara, więc nie wyślemy jej teraz do pracy, coby mogła zarobić na grzywnę. Perspektywa więzienia w zawieszeniu i areszt domowy z naszego punktu widzenia również odpadały, bowiem szukanie rozwiązań dla potrzeb fizjologicznych psa i ich realizacja byłoby zbyt czasochłonna. W końcu nie bez powodu w najbliższym kręgu zainteresowanych funkcjonuje powiedzenie „sikałam jak Gangrena”, czyli długo i dużo.

Postanowiłyśmy więc się wyprowadzić, póki jeszcze znaleziono żadnych dowodów zbrodni w postaci kocich szczątków oraz gangrenowych odcisków łap i sierści. Z racji tego, iż dysponowałam w ówczesnym czasie większą ilością czasu, spakowałam rzeczy zarówno swoje, D. i psów. Widząc, jak w zastraszającym tempie mnożą się torby i worki z rzeczami oraz ubraniami, mając na uwadze, iż D. będzie mieć problem ze zlokalizowaniem poszczególnych części garderoby, zdecydowałam się na prosty zabieg. Na większości worków z jej ubraniami nakleiłam karteczkę z informacją o zawartości. I tak D. miała worki z dosyć jednoznacznym napisami: „Bluzy”, „Koszule”, jak również nieco enigmatycznymi: „Skarpetki, bielizna + „Ja w tym nie chodzę.””.  

Gangrena, zdjęcie okolicznościowe
Gdy byłyśmy już spakowane, musiałyśmy jeszcze przyjąć odpowiednią strategię – wiedziałyśmy, że jeśli teraz się wyprowadzimy, podejrzenia padną od razu na nas i Gangrenę. I tu w sukurs przyszły nasze torby i worki! Wielokrotnie pokonując trasę dom-samochód oraz samochód-mieszkanie, obładowane rzeczami, bardziej przypominałyśmy uchodźców z Syrii, niż kobiety, które być może zostaną oskarżone o współudział!

W późnych godzinach wieczornych przyjechałyśmy po psy. Podział obowiązków był następujący: ja rozglądałam się na prawo i lewo wypatrując czegoś podejrzanego oraz instruowałam psy, jak mają się zachować („Gangrena, nie szczekaj, bo Ci łeb ukręcę!”), a D., niczym wysoce wykwalifikowany kierowca BOR, eskortowała psy na trasie dom-mieszkanie i sprawdzała, czy nikt nas nie śledzi.

Dziś po tym wydarzeniu muszę przyznać, iż ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości wymaga wielkiego zaangażowania oraz stalowych nerwów,  którymi obie się wykazałyśmy. Warto też wspomnieć o naszym profesjonalizmie, ponieważ podczas ucieczki nie ucierpiało żadne zwierzę.

Atak z trzech frontów

by 09:39
Przyszedł Nowy Rok, za nim przyszedł styczeń i kac. I choć kac sobie poszedł to styczeń pozostał i miał się w najlepsze. Na samym początku na froncie pojawiły się Panie z Dziekanatu.

1,5 roku wcześniej…

- Idź, to jest ważne wydarzenie w Twoim życiu – rzekła mi. Zakończyłyśmy rozmowę, nacisnęłam czerwoną słuchawkę w telefonie i zaczęłam analizować sytuację. Mam kolokwium w poniedziałek, obecnie jest zimno, jest nieładna pogoda, nie mam ochoty zakładać galowego stroju i tracić swojego cennego czasu na słuchanie przemówienia (pierdolenia? nie pamiętam, co dokładnie wtedy myślałam) pana Dziekana i odbieranie z jego rąk dyplomu.
- Nie, nie idę. To wcale nie jest ważne wydarzenie w moim życiu – powiedziałam i wróciłam do nauki. Bo w życiu trzeba mieć priorytety, prawda?

Tak więc dyplom trafił do jednej z teczek dziekanatu. Umieszczono go w szafie za panią K., która w ówczesnym czasie rozpoczynała tam pracę i już wykazywała bardzo dobre cechy, które w przyszłości pozwolą jej zostać świetną Panią z Dziekanatu. Owe predyspozycje wyrażały się głównie przez zwrot „Wy się mnie o to nie pytajcie, ja tego nie wiem”. Prawda, że miała kobieta potencjał? Minął więc rok, potem jeszcze pół w spokoju; monotonię tą czasem przerywały moje myśli o tym, iż warto byłoby w końcu ten dyplom odebrać, ale szybko ginęły one w gąszczu innych obowiązków lub ich braku. Niemniej jednak ostatnio przeżyłam głębokie zaskoczenie, kiedy sprawdziłam swojego uniwersyteckiego e-maila.

Nigdy o tym nie pisałam, ale po tym, jak wprowadzono na naszej uczelni USOS, okazało się, iż była to tylko gra wstępna. Bowiem czekała nas prawdziwa rewolucja, po której każdy z nas otrzymał swój uniwersytecki mejl. Prawdopodobnie po to, by uniwerkowi dodać trochę prestiżu, a paniom z dziekanatu kolejne narzędzie do ziania ogniem na odległość. E-ogniem.

Tak więc za pomocą e-ognia zostałam poinformowana, iż jeśli wkrótce nie odbiorę swojego dyplomu to zostanie on zarchiwizowany.… Cholera, niech zostanie! Przynajmniej będę wiedzieć, gdzie go szukać ;>

Po udaremnionym ataku Pani z Dziekanatu przyszedł czas na zawirowania na kolejnym froncie. Przez ponad tydzień byłam siedmiokrotnie bombardowana zaliczeniami z przeróżnych przedmiotów. Takich, które były ciekawe, takich, na które chodziłam z różną częstotliwością, jak również takich, do których miałam stosunek analny – bo owszem, ja rozumiem, że holizm jest ważny, ale jakim argumentem posłużyć się, by przekonać biologa, że poglądy Poppera dotyczące definicji nauki mu się do czegokolwiek przydadzą?

Przeżyłam. Potem przyszła kolej na kolejny front, cobym się czasem nie zanudziła. Trochę zaniedbałam te swoje ogórasy, bo zaliczenia, bo zaliczenia, bo zaliczenia, więc i z chcenia, i z musu zaczęłam poświęcać im więcej uwagi, coby pozyskać materiał genetyczny z tkanki roślinnej do badań. 

Nie spodziewałam się, że już wkrótce pojawi się tu ujęta w wulgarne słowa apoteoza prokreacji, bo jak tu nie rzucić soczyście „nosz k.., ja p…”, kiedy miało wychodzić, a nie wychodzi. Pani Profesor osobiście pochyliła się nade mną, a jako że z tego pochylenia nic nie wyniknęło to zadzwoniła do nadzorującej mnie pani Doktor. Koncepcji było mnóstwo: „Proszę mocniej i dłużej ucierać.”, „Czegoś Pani nie dodała.”, „Proszę dodać więcej izopropanolu” i tak dalej, i tak dalej. 

Takie o, podczas mikroskopowania.
Pracownicy Zakładu również snuli domysły i doradzali: „Proszę dwa razy zwirować” i „A niech Pani doda więcej etanolu”, ale jak nie wychodziło, tak nie wychodziło. Więc w końcu po milionie rzuconych w przestrzeń kurew, tysiącu licznych apoteoz prokreacji i jednej uronionej łzie, miałam zabookowany termin izolacji RNA z doktorantką. Więc ucierałyśmy razem, dodawałyśmy więcej chloroformów i etanoli… Po dwóch dniach wspólnej pracy nie tylko ja rozłożyłam ręce w geście bezradności.

Nowa partia ogórków na kolejny raz zmienionej pożywce rośnie sobie w najlepsze, magisterka leniwie przysypia na pulpicie, a tymczasem powoli zaczyna ciągnąć wilka do lasu, pytanie, kiedy wyciągnie?



Historia o dwóch spotkaniach

by 07:36
Przyszła do mnie trochę niepewna tego, jak zareaguję. Popatrzyłam na nią, oczy zaczęły mi się szklić ze wzruszenia. Uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam w jej kierunku ręce…

- Chodź tu. Stęskniłam się za Tobą – a ona, nadal onieśmielona, ruszyła powoli w moim kierunku. Otoczyłam ją ramionami, najpierw delikatnie, potem zdecydowanie mocniej. – Nawet nie wiesz, jak bardzo mi Ciebie brakowało. Nie odchodź już, dobrze? – cicho poprosiłam. Nie odchodź, bo w końcu jesteś częścią mnie. Dosłownie. 

Więc przyszła, ta zagubiona część mnie. Nieco wychudzona, umorusana, w podartym ubraniu… Spojrzeniem omiotła moją twarz, by w końcu skoncentrować się na moich oczach.

- Dam Ci znów dużo radości – powiedziała. – Znów będziesz spacerować, a na Twojej twarzy będzie szeroki uśmiech. Będziesz śmiać się do siebie. Będziesz brać życie szturmem, bo masz świadomość, że może dać Ci po dupie, ale wiesz też, że cały czas tkwi w Tobie ta bezczelna pewność siebie, która mówi, iż możesz wyrwać losowi wszystko, co jest do wyrwania. A ja dam Ci siłę, byś próbowała. Byś była dla siebie dobra, tak jak na to zasługujesz. Byś była dobra dla innych, tak jak na to zasługują.

I ruszyła do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę, a następnie rozsiadła się w moim salonie. Zajęła swój ulubiony fotel strzepując przy okazji trochę kurzu, po czym sięgnęła po książkę i upiła łyk gorącej herbaty.

- Czas najwyższy, aby znów się tutaj zadomowić – rzekła do mnie i zatopiła się w lekturze. 

*

- Jesteś już! – wykrzyknęłam do niej i uśmiechnęłam się szeroko widząc jej nietypowy uniform. Jak zwykle ubrała się ekstrawagancko, pomyślałam patrząc na granatowy kostium w złote gwiazdki, pelerynę przyozdobioną żywymi kwiatami oraz… zastępujące frędzle miniaturowe modele przestawiające nić DNA. - Wyglądasz fenomenalnie! Ale nie przedłużajmy, zapraszam Ciebie. Wszyscy już czekają z niecierpliwością. 

Noc Biologów ruszyła więc na standardowy obchód sal naszej Uczelni wprowadzając do nich atmosferę podekscytowania i ciekawości tym, co za chwilę się stanie. Bo ogólnie ta biologia jest wielce ok, a przyjście Nocy zawsze sprawia, że głowimy się i mobilizujemy wydobycie pokładów kreatywności z naszych prywatnych złóż, by pokazać innym, iż tak faktycznie jest. Dlatego też w mojej „nocnej” karierze mogę się poszczycić bardzo bogatym dorobkiem. I tak:  wcielałam się już w aparat Golgiego, byłam krupierem w kasynie z grami biologicznymi, samozwańczo stałam się liściologiem oraz eksperymentatorem. Choć za każdym razem byłam „kimś innym”, tak po wszystkim zawsze stawałam się osłem ze Shreka krzyczącym z radością w głosie „Ja chcę jeszcze raz!”. 

Zdarzyło się kiedyś, że przez nią trafiłam na ASP. Bo zażyczyła sobie czegoś nowego, oryginalnego. - O, artystycznego, tego właśnie chcę – a skoro chciała to w sumie… czemu nie spróbować? Więc przez kilka dni zmagaliśmy się z różnej grubości drutem i kilometrami folii stretchowej tworząc z tego nietypowe figury imitujące owadzie kokony. Bo w końcu owadzi kształt rzecz ważka. W oparach entuzjazmu i śmiechu montowaliśmy więc całość, tak aby zadowolić ją i żeby podobało się innym. I… było fenomenalnie!

W tym roku przyszła, przyniosła uśmiech oraz dobre towarzystwo, wprowadziła trochę zamieszania, pokiwała głową w geście akceptacji i… poszła, ale wiem, że się jeszcze spotkamy.


Rozchwytywany on

by 14:14
Mija już ponad pięć lat odkąd się poznaliśmy. Na początku mieliśmy do siebie mały dystans, potem polubiliśmy się, aż w końcu staliśmy się nierozłączni. Na tyle, że często ktoś mnie o niego pytał. Kilka razy wybraliśmy się razem do klubu. Liczyłam, iż ludzie zwrócą na niego uwagę, ale… Jak widać myliłam się. Niemniej jednak konsekwentnie zabierałam go ze sobą.

Sylwestra też postanowiliśmy spędzić razem. Decyzja zapadła w ostatniej chwili. Podczas gdy D. wcielała się w projektanta mody, a fotel, łóżko, biurko oraz podłoga wyraźnie wskazywały na to, iż kolekcja jesień-zima tworzy się w najlepsze, ja rzuciłam do niego krótkie:
- Idziesz z nami. Bez dyskusji. 
I poszliśmy.

Spodziewałam się przy wejściu błysków fleszy, tłumów krzyczących, jak świetnie razem wyglądamy, zaczepiających nas dziennikarzy i pytających D., co będzie królowało na wiosnę. Oczami wyobraźni widziałam wysuwane w naszym kierunku mikrofony, ludzi proszących o autograf… wtem przecieram oczy ze zdumienia i patrzę, idzie, wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w ciemny garnitur, pewnie chce nas przeprowadzić przez te tłumy. Otwieram usta, żeby podziękować, ale on mnie ubiega:
- Dowód proszę.
Cholera, myślę sobie, Dowód, Ty to jednak masz branie.

I tak weszliśmy nie tylko do klubu, ale też w ten Nowy Rok. Dowód, D. i ja – młodsza o pięć lat.

Po wejściu w Nowy Rok postanowiłam, iż warto zacząć robić coś ciekawego! A jako że wykład z Podstaw przedsiębiorczości akurat był na wyciągnięcie ręki to poszłam. W końcu też mi się coś od życia należy! Przez pół godziny nie działo się nic, przez kolejną godzinę z zapartym tchem chłonęłam każde słowo, bo wykładowczyni mówiła o mojej D. (generalnie to rozprawiała o przebłysku geniuszu, czyli tych, którzy potrafią dodać dwa do dwóch i otrzymać pięć, ale po co tak uogólniać ;>), a przez kolejne pół bawiłam się setnie, bo zeszło na oznaczenia towarowe:
- Nie mogą to być symbole religijne i patriotyczne. To ma być coś, co się dobrze kojarzy.

Oj, zapamiętam. Na długo ;>

*

Stary Rok spakował manatki i sobie poszedł zostawiając nowe doświadczenia, nowe obrazy, nowe emocje i przeżycia. Zwięźle podsumowując – był jak wino. Półsłodkie. Lekko poniewierające. Przyszedł Nowy...

Ja trochę Ciebie znam. Pamiętam. Byłam dzieckiem. Miałam może sześć, albo siedem lat. W pięknej, białej czapce, przepasana wstęgą ze złotymi gwiazdkami i napisem NOWY ROK, pełna radości wjeżdżałam na scenę na hulajnodze i głosiłam, że przyniosę nowe szanse, nowe wyzwania, nowe trudy i smutki, ale też nowe powody do zadowolenia. Dlatego też życzę Wam, abyście potrafili dostrzec i jak najlepiej wykorzystać szanse, które się pojawią. Byście radzili sobie z wyzwaniami najlepiej, jak potraficie. Żeby w przypadku trudów i smutków była przy Was osoba, która wesprze, przyjaciele i bliscy, którzy pomogą. I żeby tych powodów do zadowolenia było mnóstwo – z małych i dużych rzeczy. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! :)

A jako że mojego poprzedniego czarnego psa konsekwentnie zastępuje ten to dodaję zdjęcie. My. 

Jestem Garfieldem!

by 07:43
Podczas świąt faktycznie zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Ja, jak i większość społeczeństwa fizycznie zachowuję swoją postać, ale mentalnie wytwarzam rudą sierść, uaktywnia się mój nieposkromiony apetyt i zaczynam machać ogonem do filmów lecących w telewizji. Otóż to, jestem Garfieldem! 

Efekty mojej ewolucji wyglądają mniej więcej tak:


Etap trzeci motywuje mnie do podjęcia jakiejś aktywności fizycznej. W tym roku, oprócz standardowego zestawu, czyli koszulka, spodenki, buty, ręcznik i butelka wody, przydały się również telewizor, xbox, kinect, MICROSOFT Kinect Sports Ultimate Collection oraz Nike+ Kinect Training. 

- Stań tu – rzekła. Zaczęło się niewinnie od wymachów ramieniem i gry w kręgle… podczas której przegrałam o 3 punkty! 
- Żądam krwi! Gramy dalej! – zawołałam z entuzjazmem. I tak oto skakałyśmy, wymachiwałyśmy kończynami, wykonywałyśmy ekwilibrystyczne figury przed telewizorem, a nasze postacie na ekranie rzucały oszczepem, ciskały dyskiem, uprawiały skoki w dal i grały w siatkówkę. Bawiłyśmy się przy tym doskonale! 

Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż taka gra jest świetnym pomysłem na aktywne weekendowe popołudnie z rodziną czy znajomymi. Jest mnóstwo konkurencji, przy których z racji stanu trzeba się ruszać, można trochę zmęczyć, tudzież krzyknąć „Cholera! Nie mam już siły!” i… nawet nie poczuć, że cały czas się ćwiczy. A to wszystko w bardzo przyjemnej oprawie wizualnej, dźwiękowej oraz humorystycznej, bo jak tu się nie uśmiechnąć widząc po wszystkim nagrania z fragmentami swoich wyczynów (czyt. dzikie wymachiwanie kończynami ;)


A, i od siebie dodam, iż przed grą warto odbyć poważną rozmowę ze zwierzętami obecnymi w domu. Umożliwi to grę bez prób sabotażu ze strony naszych pupili i ewentualnych nagrań prezentujących zwinność psa, który postanawia dołączyć do zabawy i rzucić się w Twoim kierunku ;)

- To teraz Ci pokażę trening Nike. Zobaczymy, czy Ci się spodoba – powiedziała. Nie zabrzmiało to zachęcająco, ale na fali pozytywnych emocji i przygód podczas poprzedniej gry odrzekłam, że chcę. A co! 

Jeżeli znacie Ewę Ch. i jej narzędzia chirurgiczne to muszę przyznać, że podczas treningu Nike+ Wasze myśli będą milion razy mordercze. Moje były. Ale dla osób, które faktycznie chcą popracować nad sylwetką, siłą czy kondycją to świetne rozwiązanie i już wyjaśniam dlaczego. 

Uruchamiając trening Nike+ oddałam się w ręce personalnego trenera, który zaproponował mi serię ćwiczeń, by sprawdzić moją obecną motorykę oraz możliwości. Najpierw krótka prezentacja ćwiczenia przez trenera, potem ćwiczenie wykonuję ja. I tu się zaczęło! 


Ci, którzy ćwiczyli z Ewą wiedzą, jak to jest być na skraju wytrzymałości fizycznej i słyszeć jej głos „Dawaj!”, „Walcz dalej!”. Ci, którzy ćwiczyli, wiedzą też, że pojawiają się wówczas bardzo mordercze myśli. Bardzo.* 

A jak to jest z treningiem Nike na kinekcie?
- On bardzo dużo widzi – powiedziała po tym, jak na telewizorze pojawiła się seria powiadomień „klatka piersiowa w tył”, „ręce do przodu”, a chwilę później trener znów zareagowała na moją kiepską technikę słowami „unieś wyżej kolana”. 
- No właśnie!

Ja naturalnie marudziłam (bo taki trener nie obejrzy się za przechodzącą tuż obok blondyną i nie da chwili odpoczynku, tylko skupia całą uwagę na mnie), ale jeżeli ktoś faktycznie chce popracować nad swoją formą w domowym zaciszu to takie rozwiązanie jest bardzo dobre. Po wpisaniu swoich parametrów tj. płeć, wzrost, waga, wiek, zaznaczeniu, co nas interesuje (czy jest to zgubienie kilogramów, chęć wymodelowania sylwetki, tudzież wzmocnienia mięśni) i wykonaniu różnych ćwiczeń testowych otrzymujemy informację dotyczącą naszego stanu i możliwości, które posiadamy. A także spersonalizowane serie treningowe rozłożone na 4 tygodnie i własnego trenera, który poświęci całą uwagę tylko nam. Dosłownie całą. Miło, prawda? ;>

Czy Wam się spodoba? Nie napiszę, że na pewno, bo to nie post sponsorowany ;) Mnie obie gry przypadły do gustu – MICROSOFT Kinect Sports Ultimate za endorfiny wydzielone w hurtowej ilości oraz mnóstwo radości i śmiechu, a Nike+ Kinect Training za czujne oko, mnóstwo ćwiczeń i spersonalizowany plan treningowy, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, iż to raczej nie dla mnie (za dużo skutków ubocznych typu zgrzytanie zębami, zianie ogniem i permanentny wkurw). I nie napiszę, że Wam się spodoba, ale polecić oraz zachęcić do spróbowania mogę. I to niniejszym czynię ;) 


*A tym, którzy nie wiedzą to polecam świetny wpis Helen, który najlepiej oddaje to, co mam właśnie na myśli.

Weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz

by 09:03
Życie zaskakuje mnie niczym zima drogowców. Myślałam, że wszystko jest pod kontrolą. Fragment mojej pracy magisterskiej już od jakiegoś czasu  leniwie wypoczywał sobie na pięknym wzgórzu porośniętym roślinnością śródziemnomorską mając za towarzystwo dwa inne foldery, a ja oddawałam się błogiemu wpipetowywaniu do dołków coraz to innych substancji i sekwencjonowaniu genów, które udało mi się otrzymać. Tą idylliczną wręcz atmosferę przerwał e-mail od mojej promotor, która postanowiła, iż warto by było w końcu przypomnieć sobie, jak wyglądam.

Gdy przyszłam do jej gabinetu promotor nie zwlekała z przekazaniem najważniejszych informacji. Będzie sesja rozbierana, ogłosiła.
- Ale nim przejdziemy do rzeczy… O, tu masz rozpiskę.
Zerknęłam, mentalnie złapałam się za głowę, z której niemalże natychmiast wyleciały typowe dla mnie myśli „O.. ojojojoj!!!” i „Oby tylko nie znaleziono narzędzia zbrodni!”.
- Oczywiście, że da się zrobić, Pani Profesor - odrzekłam i poszłam przeżywać.

Na dobry początek czekała mnie hodowla ogórków. Trzytygodniowa. W trakcie oczywiście zmienianie pożywki. A potem powtórzenie wszystkich kroków molekularnych, które robiłam wcześniej, aczkolwiek tym razem miałam wziąć pod lupę większość organów rośliny. Ciekawe, ile tych próbek będzie? Korzeń – jeden, pęd – dwa… i w końcu pręciki – sześć! Dobrze, sześć razy 12 słoiczków… razy dwa, bo co najmniej dwa powtórzenia… O, cholera!
- Hop, hop, Pani Profesor, czy mogę zrobić od razu doktorat???

…kilka dni później

- Słuchaj, tyle powtórzeń i to wszystko jeszcze wyizolować, poprzepisywać, elektroforezy, pcr-y… Wiesz, ile to jest pracy?
- Trzeba było jej zanucić „Grażka, Grażka, nie grzesz, bo do nieba nie pójdziesz” – skomentowała Przyszła Pani Psycholog.
- A ta sesja rozbierania kwiatka, te pręciki i słupki , które muszę zebrać rozłożyły na łopatki…

Zapytać można, dlaczego? Ano dlatego, że tak wygląda budowa kwiatu, na środku słupek, po bokach pręciki, wygląda pięknie na schemacie, prawda?


A tak wyglądają kwiaty w rzeczywistości. I bądź tu mądry, i rozbierz każdy kwiat na  części pierwsze.

Dwa dni później kondolencje i zarazem słowa wsparcia przysłał Syzyf, przedstawiciel Organizacji Praw Człowieka obiecał wstawić się w mojej sprawie, moi rodzice zamówili mszę w mojej intencji, a ja tylko obmyślałam, co tu zrobić, by te pieprzone kwiatki się jednak nie pokazały!

Obmyśliłam więc próbę sabotażu! Rośliny podobno są wrażliwe na muzykę, ba!, muzyka łagodzi obyczaje, więc jeśli będę mówić do nich brzydko „wzionść”, „włanczać” i takie tam w odpowiedni, melodyjny sposób, to może zadziała!

…teraźniejszość

Drogi dzienniczku hodowlany,

metoda na "wzionść" i "włanczać" okazała się zbyt skuteczna. Mija już czwarty tydzień od tragicznej śmierci pierwszej partii hodowlanej ogórków. Druga partia też nie wygląda najlepiej...

***

Tak więc wkraczam w ten nowy etap i badań, i życia. Różnica jest taka, że w tym pierwszym wiem już mniej więcej, co mam robić. W tym drugim obecnie nie wiem, co mniej więcej mam robić, co jest słuszne, a co nie, która droga jest dobra, a która nie. Trochę zdewaluowały mi się te wartości, w które kiedyś wierzyłam, trochę zdewaluowałam się sobie. Tak więc Crackerku i Wy, moi mili, zobaczymy gdzie będę kończąc tego bloga za kilka lat.


Obsługiwane przez usługę Blogger.