Komedia we śnie & "Mgła tworzy się"

Dźwięk wybuchu zniknął tak szybko, jak się pojawił. Podniosłam się powoli z trawnika i odwróciłam w kierunku budynku szkoły, który płonął w najlepsze. Gdyby nie kontekst dzisiejszych wydarzeń, pewnie niejeden uczeń nie miałby nic przeciwko, gdyby kilka dni spędził w domu. Ale tu, we Wrocławiu, jakiś atak? 

Chwila refleksji, która żywiołowo generowała myśli w mojej głowie, przyczyniła się do tego, że dobrych kilka sekund stałam jak wryta i wpatrywałam się w obraz przede mną. Nagle zza rogu budynku wybiegł postawny mężczyzna. Cholera! Gość wygląda jak Russel Crowe!
- Szybko! Dawaj tę broń! – krzyknął do mnie. Omiotłam wzrokiem otoczenie i okazało się, że przy drzewie spoczywa całkiem niezły arsenał. Podbiegłam do broni i zagrodziłam mu drogę.
- Czekaj! Skąd mam wiedzieć, że to Ty jesteś tym dobrym? 
Russel zignorował moje pytanie uznając widocznie wyższość działania nad dialogiem. Postanowiłam pójść tą samą drogą. Wyjęłam z kieszeni mojej kurtki pokaźną skrzyneczkę. Jezu, jak ona się tu zmieściła?, pomyślałam i zanotowałam w głowie, iż warto zapoznać się z konstrukcyjnymi trickami produktów z Ikei. Sprawnie poluzowałam uchwyt i otworzyłam wieczko. W samą porę, bo Russel był już obok mnie:
- Nie podchodź, bo stanie Ci się krzywda! – rzuciłam hadro i na potwierdzenie moich słów pokazałam mu zawartość skrzyneczki. Opłaciło się, bo Russel stanął jak wryty. – Mam tutaj śmiercionośne patyczaki i straszyki. Wystarczy, że rzucę jednego na Ciebie, a on w kilka sekund wpuści do twojego układu krwionośnego toksyczną wydzielinę!
- Dooobra, zaczekaj – rzekł Russel, tym razem uznawszy palmę pierwszeństwa dialogu. Sięgnął ręką w kierunku tylnej kieszeni spodni... Czyżby w tak krótkim czasie ten Sherlock mnie rozpracował i postanowił się rozebrać do naga licząc na moją dezercję? Niedoczekanie jego!
- Wooohaaaa kolego, zwolnij trochę, od tej strony poznawać się nie będziemy. Rączki do góry i łaskawie poinformuj mnie, jak się nazwyasz i co tu się dzieje!
- Mam na imię Jack i jestem byłym komandosem. Przed chwilą widziałem grupę terrorystów, którzy dopuścili się tego ataku. Pobiegli w tamtą stronę – głową wskazał w kierunku Psiego Pola. – Chcę ich dopaść. Potrzebuję broni.
Zmierzyłam go kątem oka. Wygladało na to, że mówi prawdę.
- Mogę Ci pomóc.
- Właśnie widzę – wymownie spojrzał na zawartość skrzyneczki. – A czym dysponujesz?
- Oprócz tego? Mam jeszcze broń biologiczną. Sama nadzorowałam produkcję. Ale nie mam przy sobie. Musielibyśmy podskoczyć do mojego mieszkania. Przejrzysz lodówkę i sprawdzisz, czy coś będzie się nadawać. A w razie w mogę jeszcze zadzwonić do moich dwóch byłych współlokatorek. Haha! Wtedy Ci terroryści będą uciekać i przed dżumą, i przed cholerą! 
Russel, który okazał się Jackiem, uśmiechnął się szelmowsko na mój niecny plan. 
- Dobrze, to idziemy!
Ruszyliśmy w kierunku pętli tramwajowej, coby w miarę sprawnie dotrzeć na miejsce. Akurat przechodziliśmy przez przejście dla pieszych, kiedy wpadłam na D.
- Co Ty tutaj robisz? – zapytałam.
- Do pracy jadę, a Ty nie na zajęciach?
- Nie, uznałam, że ten wykład mogę sobie odpuścić. Ścigam terrorystów.
- To baw się dobrze, Kochanie. Pa!
I odjechała! Nawet nie zdążyłam jej zaproponować udziału w tej wielkiej akcji! 

*

Nie pytajcie, co oglądałam, że w nocy śniły mi się takie rzeczy. I pozostając poniekąd w owadziej tematyce, na zdjęciu pasikonik, którego kiedyś razem z D. uratowałam spod nóg pasażerów wrocławskiego tramwaju. W moim śnie zapewne jest tak samo śmiercionośny, jak te patyczaki i straszyki ;)

I na koniec. Zrobiłam najpierw jedno wielkie wow, potem kilka „oooojeeezzzuu”, potem uśmiechnęłam się do tego, co widzę, do tego, co słyszę i pokręciłam z niedowierzaniem głową. Potem przyszły ciarki... I tak w kółko od ponad tygodnia. Nie wiem, co sąsiedzi myślą na moje „Podobno życie takie jeeesst...” i „I pada bardzo mocny deszcz...”, pozostaje mi żyć w błogiej nieświadomości. Wystarczy, iż Demol patrzy na mnie dziwnie, kiedy drę się w niebogłosy, że „Mgła tworzy się...” i unoszę w górę rękę. 

Ostatnimi czasy w moim życiu było parę zespołów i wokalistek, tudzież wokalistów. Słuchałam, słuchałam, zaspokajało to moje potrzeby, ale było to tak, jak w utworze Skubasa. Możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc. Nie przytulę Cię potem, odwrócę, rzucę „dobranoc”. Nawet „Muddy waters”, utwór, którego tekst jest taki mój, nie powalił mnie na kolana. Nie aż tak. Więc brawo dla tego młodego człowieka. Artysty. Zachwycam się. Słowami. Muzyką. Kompozycją. Talentem. Emocjami. I chcę więcej. 



7 komentarzy:

  1. Pasikonik miał szczęście. :) .

    OdpowiedzUsuń
  2. Już się chciałam zapytać, co paliłaś przed snem;)
    Nieważne, emocje były i to się liczy!
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie sny są wyborniaste! :D Dawno mnie nie było... A tu jak zwykle ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. takich snów to nawet ja nie miewam :) chyba :)
    super pasikonik.

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie sny dostosowują się do tego co aktualnie czytam, więc przeważnie też mają kryminalno-sensacyjną fabułę ;) Czasami śni mi się śp. Dziadek i rozmawiamy sobie, przy czym ja w tym śnie mam świadomość, że on nie żyje.
    A Ralpha poznałam przez piosenkę "Zawsze". Ogromny potencjał i oryginalna stylówa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. a ja ostatniego lata opatrywałam pasikonika bez nogi ;) nie pytaj. sen przerażający :D chociaż akcja jest jak z najlepszego filmu, nie będę pytać, co siedzi Ci w głowie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. A mnie od trzech tygodni w kółko śnią się moje niemowlaki z IOP-u, jak je głaszczę i lulam, a one usiłują odgryźć mi palec, tylko zębów jeszcze brak. Co tam straszyki...? :)))

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.